Msze św. w naszej parafii:

Dni powszednie:
7.00, 15.00, 18.30

Niedziela i Święta:
7.00, 8.30, 10.00, 11.30,
13.00, 18.30

HISTORIA PARAFII



Znani Parafianie

Wacław Szawłowski ps. Bogdan
Zakończenie Drugiej Wojny Światowej w 1945 r. Oznaczało dla większości Polaków koniec prześladowań, przemocy, nieszczęść i rodzinnych tragedii. Jednak nie wszyscy, którzy czynnie przyczynili się do pokonania hitlerowskiego terroru, mogli cieszyć się wolnością i wyzwoleniem kraju spod niemieckiej okupacji. Wielu polskich bohaterów zostało wówczas aresztowanych przez sowiecki Urząd Bezpieczeństwa – NKWD i musiało znieść wiele cierpień i upokorzeń za swoją partyzancką działalność w latach 1939 – 1944. Jednym z nich jest mój dziadek – Wacław Szawłowski ps. Bogdan – oficer podziemnej Armii Krajowej, zamieszkały na Saskiej Kępie. Chciałabym ocalić od zapomnienia jego dramatyczną historię.

Rozpoczęły się przesłuchania, głównie w nocy, po kilka razy. Prowadził je major Lisiczyn – dowódca grupy „Smiersz” (srót: smiert szpionom – śmierć szpiegom) – kontrwywiadu NKWD działającej przy I Białoruskim Froncie oraz starszy lejtenant Jakuncew. W czasie przesłuchań dziadka bito rękojeścią pistoletu. Domagano się ujawnienia nazwisk dowódców AK i miejsc ich pobytu oraz powiązań z Rządem Polskim w Londynie. Po kilku dniach przewieziono go do Warszawy i tam trzymano w piwnicy przez 2 dni, a następnie do Gniezna. W Gnieźnie odbył się sąd polowy, który skazał kpt. Wacława Szawłowskiego na karę śmierci jako szpiega Rządu Polskiego w Londynie. Po tym wyroku pod eskortą 2 żołnierzy odwieziono go do więzienia w Brześciu. Po tygodniowym pobycie w osobnej, pojedynczej celi, w oczekiwaniu na egzekucję wezwano dziadka do naczelnika więzienia, który powiadomił go że decyzją Najwyższej Rady ZSRR wyrok śmierci zostaje zamieniony na 8 lat łagrów – „Isprawitielnych Trudowych Łagierej”. Zaproponowano mu również, że jeżeli zgodzi się na współpracę z organami NKWD, to może zostać zwolniony, a nawet uzyskać wysokie stanowisko w wojsku lub administracji. Wobec odmowy jakiejkolwiek współpracy, w połowie marca 1944 r. Dziadek mój znalazł się w transporcie więźniów do obozu pracy na Syberii. A oto jego relacje: „Załadowano nas wszystkich do wagonów bydlęcych z okratowanymi okienkami. W wagonie w którym się znalazłem było ponad 40 osób. W czasie miesięcznej podróży dokuczał nam głód i zimno. Otrzymywaliśmy codziennie 2-3 suchary i trochę wody. Dwa razy w czasie całej podróży otrzymaliśmy wodnistą zupę (szulumpkę). Wywieźli nas daleko na północ, w głąb Rosji. Rejon łagrów nazywał się Jużna Tunguska – Krasnojarski Kraj. Z trudem dotarliśmy z bocznicy do bramy obozu. Jego teren otoczony był dwoma rzędami drutów kolczastych, na wieżyczkach – uzbrojeni wartownicy. W tym rejonie przez większą część roku panowała temperatura –30, -40 stopni C; na przełomie grudnia i stycznia temperatura spadała nawet do –60 stopni C, w lecie dochodziła zaledwie do +15 stopni C. Więźniowie podzieleni byli na ok. 40-sto osobowe brygady. W mojej brygadzie byli Polacy, Japończycy, Koreańczycy, Chińczycy i Ukraińcy. O godzinie 6 rano rozpoczynała się praca w tajdze przy wycinaniu drzew lub w tartaku. Pracowaliśmy do godziny 18-stej. Brygada zobowiązana była do wypracowania normy dziennej. Jeśli ją wypracowała – otrzymywała ok. 300 g chleba dziennie na osobę i 2 razy dziennie garnek wodnistej zupy. Więźniowie byli konwojowani i pilnowani przez uzbrojonych strażników. Wychylenie się z szeregu np. żeby zerwać trawę karane było zamykaniem na 24 godzin w bardzo zimnym pomieszczeniu, bez jedzenia. Kto spróbował oddalić się o kilka kroków – mógł być rozstrzelany na miejscu. Spaliśmy w barakach, na pryczach zrobionych z desek, w ubraniu. Panujący głód, zimno i wytężona praca powodowały, że nękały mas rozmaite choroby: szkorbut, biegunka, tyfus. Dokuczały wszy, a w okresie letnim komary i meszki, przed którymi broniliśmy się smarując twarz i ręce grubą warstwą dziegciu przed wymarszem do lasu. W takich warunkach przebywałem do ok. sierpnia 1948 r. – ponad 3 lata – bez możliwości korespondencji z najbliższą rodziną. W tym czasie nadszedł dzień gdy zamiast do pracy wprowadzono nas na odległa o kilka kilometrów bocznicę kolejową i bez jakichkolwiek wyjaśnień załadowano do bydlęcych wagonów. Po kilkudniowej podróży dojechaliśmy do Nowosybirska, gdzie po wyjściu z pociągu przewieziono nad do więzienia. Po tygodniowym pobycie znowu załadowano nas do pociągu i wieziono przez kilka dni do Moskwy aby umieścić nas w więzieniu o zaostrzonym rygorze na słynnej Łubiance. Tam trzymano nas w jednoosobywch celach przez 2 tygodnie, bez jakiejkolwiek informacji co do zamiarów jakie mają w stosunku do nas więźniów. Można było spodziewać się najgorszego. Po 2 tygodniach wywołano Polaków i pod eskortą trafiliśmy na dworzec kolejowy. Tym razem pociąg dowiózł nas do Mińska Białoruskiego. Znów przewieźli nas do więzienia i trzymali ok. tygodnia. Kolejny wyjazd – i znaleźliśmy się w Brześciu nad Bugiem. Wypuścili nas z wagonów i odwieźli ciężarówkami do punktu granicznego w kierunku Terespola i ponownie załadowali do wagonów na bocznicy. Zaplombowali i w nocy przetransportowali do Białej Podlaskiej, gdzie powitali nas przedstawiciele polskiego Czerwonego Krzyża. Tak wróciłem „do życia”, do Kraju, do rodziny i przyjaciół – był koniec września 1948 r.” Zuzanna Okręglak - Hoty